Brandysówka – wrzesień 2011

To miał być szybki wypad w podkrakowskie Dolinki – jednak wyszło nieco inaczej i to co bliskie okazało sie bardzo dalekie.

03-09-2011 rano -  Pogoda piękna, zapada decyzja jedziemy gdzieś blisko. Chwila zastanowienia gdzie szurnąć, nie byliśmy dawno w podkrakowskich dolinkach – zatem Brandysówka w Dolince Będkowskiej.

Szybki telefon do Brandysówki jak wygląda sprawa prądu na polu biwakowym, tak jest możliwy w rejonie wiaty ale dostajemy też informację że ma być jakaś mała impreza zatem do budy wrzucamy dłuższy drugi kabel aby móc odsunąć się dalej i na wszelki wypadek ładujemy też akumulator.

10.30 – Startujemy - Mamy bliziuchno to przecież niecałe 40km, więc spokojnie, obwodnicą A4 do Balic, skrótem na Zabierzów, kawałek starą katowicką i w Kochanowie odbijamy w stronę Niegoszowic i Brzezinki.

Pierwsza niespodzianka – Niegoszowice znakowane zwężenie zwalniamy ale widzę pierwszeństwo dla nas, spoko walimy dalej a tu zza zakrętu wyłania się wąziutki obarierkowany mostek, hamujemy. No dobra nasza mostek wąski ale obok jest bród, potoczek ledwie ciecze damy radę. Przymiarka wsuwam Cordobę na mostek próba czy wlezie z lustrami, w razie draki cofnę i pójdę przez bród. Lustra dodatkowe mam szerokie dobre 10-15cm za obrys budy – ok. Cordobina z lustrami wlazła jeszcze jest luz no to idziemy przez mostek. Fajna rzecz takie szerokie lustra zawsze wiem że jak one przeszły to buda też mi przejdzie, obserwując daje do przodu, buda przeszła z luzem.

Dalej jedziemy już spokojnie, dojeżdżamy na początek Dolinki trochę ludzi łazi – normalka słoneczko jest piękne to Kraków zwiał od smrodu i zwalił się w Dolinkę Będkowską.
Ha mamy następną niespodziankę (choć właściwie o tej wiedzieliśmy już od Pani Wandy) – jednak białe kółeczko z czerwoną obwódką zawsze działa na mnie deprymująco – tabliczka mówi: „nie dotyczy mieszkańców i służb leśnych” – dobra tak jak nam w Brandysówce powiedziano jesteśmy mieszkańcami więc wio na zakaz i zasuwamy dalej w dalej w Dolinkę.
Mijamy Leśniczówkę i stawy rybne – pierwszy lekki podjazd jednak okazuje się nie do pokonania.  Podjazd jest leciutki ale wyjeżdża na nas szczerząc czarną paszczę potwór. Trudno cofamy,  idzie mi to kaleko, długawo trwa więc po propozycji pomocy kierowcy z asfalciarki zmienia mnie za kółkiem i zasuwa jak burza do tyłu, wprawa niesamowita ale gość mówi że na codzień powozi zaprzęgiem :) wcofal mi na mostek przy stawach bo z tyłu znów nadjechało papu dla potwora.  Dobra nakarmili potwora ten rusza w górę trawiąc tą czarną maż i zasuwa zrobić kupę. Ciężarówka cofa na mnie i wywija po kolejną porcję papu dla potwora, ja za nią też wywijam na zatoczkę przy Leśniczówce.
Trudno nie zaszalejemy – Irena idzie do budy robić kawę a ja idę pogadać z chłopakami jak długo będzie trwało asfaltowanie, prognozy są optymistyczne mówią że chcą się szybko uwinąć bo sobota i fajrant im pasuje wcześniej ale jest problem – papu dla potwora wożą tylko 2 ciężarówki, chłopaki nie wiedzą jaka kolejka po asfalt, nie mają kontaktu z kierowcami. Dobra zatem dowiemy się inaczej – wracam do auta, za gruchę i wołam te ciężarówki zgłasza się jeden jest już blisko, dowiaduję się na asfalciarni nie ma kolejki ale mówi jeszcze po 3 kursy mają zrobić – szacunek 2 godziny stania. Wypijamy spokojnie kawę, myślę czy by nie objechać inną drogą – no dobra pod Kobylany jest ostro ale dam radę, dalej na Będkowice spokojnie ale nie pójdę przecież z budą przez Czarcie Wrota to nie droga dla zestawu z przyczepą. Tyrkam jeszcze do Brandysówki – pytam jaka inna opcja dojazdu – daleko trzeba by oblecieć do olkuskiej i od Łazów zjechać, to bez sensu na to samo wyjdzie co poczekać, zatem zamykamy budę i idziemy na spacer w Dolinkę.
Połaziliśmy trochę drogowcy faktycznie się uwijają, 2,5 godziny faktycznie jest fajrant. No dobra jest fajrant ale asfalt jeszcze stygnie i to pomału bo ciepło – trzeba poczekać ze 40 minut.

ok. 15.30 - Drogowcy machając do nas wołają: „dawaj lekki jesteś to kolein nie zrobisz i może się nie przykleisz” – no i mamy honor otworzyc nową drogę do Brandysówki – koła tylko mlaskają po równiutkim, świeżym, ciepłym asfalcie.

Nasz zestaw pod Sokolicą

ok. 16.00 - Dojeżdżamy do Brandysówki, wiemy z rozmowy telefonicznej że mostek wjazdowy na pole jest dość wąski, przyczajamy się więc na parkingu, idziemy się przywitać i zerknąć na mostek, od razu pada propozycja że jak problem to odpinać i pomogą przepchnąć budę a na polu zapniemy i wio dalej, zresztą co to pchać buda lekka to niecałe 800kg. Rzut oka na mostek, sam mostek spoko tylko trochę ciasno będzie się złożyć, dobra dam radę, tyle że potrzebne drugie oczy bo na zewnętrznej nie będę w lustrze widział koła budy jak idzie na mostek. Zatem Irena za obserwatora szyba w dół, przytulanka do żywopłotu Brandysówki i wio na mostek, hmmm… w takich sytuacjach muszę się przyznać że nie do końca ufam mojej żonie, sprawa jest prosta Irena nie ma prawka, nie prowadzi samochodu, więc nie ma doświadczenia – tak naprawdę to idę na widoczne koło po wewnętrznej – ładnie było złożone i buda przeszła spokojnie :)
Wciągamy się na pole – dobra ma być jakaś impreza no to my sobie trochę dalej podciągniemy, była gadka o prądzie, ja dopiero za mostkiem a z Brandysówki już nam niosą dodatkowe przedłużacze, dziękujemy – przy wiatach jest prąd, mamy prostownik to najwyżej podładuje się akumulator, prąd nie jest konieczny a przecież nie ma sensu na 2-3 dni ciągnąc 200m kabla

Na polu jest pustawo, zaledwie kilka autek i parę namiotów a obszar pola biwakowego jest naprawdę spory – ustawiamy nasz zestaw u stóp Sokolicy.

Miało byc blisko i szybko – wyszło inaczej, prędkośc przelotowa grubo poniżej 10km/h – nic to jest fajna pogoda, Dolinka piękna i tak korzystnie :)

Po odwaleniu kwatermistrzostwa, robimy jeszcze krótki spacerek w głąb Dolinki, po około póltorej godzinki wracamy. Przy Brandysówce w weekendy jest czynny bar na zewnątrz więc jemy coś z grila, popijamy browarkiem i idziemy lulu


Rowerem do Jaskini Nietoperzowej Nad wodospadem Szum

04-09-2011 – Dzień drugi

Robimy wycieczkę rowerkami przez Dolinkę do Jaskini Nietoperzowej, po Dolince jeździ się fajnie na luziku nie ma stromych podjazdów. Najpierw z Brandysówki jedziemy asfaltową dróżką, następnie dość dobra szutrówką do skrzyżowania na Łazy i Czarcie Wrota, przejeżdżamy przez potok Będkówka i do Jaskini Nietoperzowej jedziemy dalej prosto, następnie dróżka prowadzi przez las gdzie robimy krótki postój.
Jakże by mozna inaczej – przecież Irena musi sprawdzić czy tu nie ma grzybów.
Jedziemy dalej,  dróżka wylatuje pod Łabajową Skałą, tu też na chwilkę robimy przystanek. Stąd już mamy mocno pod górkę do Nietoperzowej.
Jaskinia jest już zamknięta nie sprawdziliśmy godzin otwarcia, trudno połaziliśmy chwilę i wracamy do Brandysówki.
Teraz mamy lżej bo z górki, jeszcze robimy krótki podjazd w kierunku Łazów ale znów mocno pod górkę. Po kawałku zawracamy i jedziemy w kierunku Brandysówki.
Dojeżdżamy do skały zwanej Iglicą i robimy na chwilę postój przy wodospadzie Szum. Słone paluszki to jednak nie żarcie nie uzupełniają spalonych kalorii, więc posiedzieliśmy chwilę w cieniu nad wodospadem i wracamy coś skonsumować do Brandysówki.


Czarcie Wrota Dupa Słonia

05-09-2011 – Dzień Trzeci

Pole biwakowe opustoszało prawie całkowicie, zostały ze trzy namiociki wspinaczy i nasz zestaw.

Robimy pieszy spacerek do Czarcich Wrót. Na luziku śtupiemy wzdłuż potoku Będkówka do skrzyżowania ul. Pod Sokolicą – tak tak w Będkowskiej są ulice wąskie ale ulice :) skręcamy w prawo w górę i dochodzimy do Czarcich Wrót. Robią wrażenie – to dwie spore skały wapienne usytuowane po obu stronach szutrowej drogi na dość stromym podjeździe. Moja Czarcica stwierdziła że jak nic tylko tu usiąść i pobierać myto. Ale nie zarobiłaby dużo ruch tu znikomy, osobówką w dół jeszcze przejdzie , w górę już trudniej bo rozpędzić się nie ma gdzie a pod górę na szutrówce kółka mielą.

Akurat jak tam byliśmy podszedł ambitnie do Czarcich Wrót z dołu biały Peugeot – 3 próby – niestety czarty nie puściły, pomogliśmy mu wycofać i nawrócić na wąskiej dróżce. Z góry od Będkowic przejechało jedno auto – przeszło.

Poszliśmy jeszcze kawałek w górę, doszliśmy do ulicy o swojskiej nazwie Browar i wróciliśmy w kierunku Brandysówki tą samą drogą.

Godzina jeszcze wczesna, zatem przed Brandysówka przełazimy jeszcze przez potoczek Będkówka i idziemy za przeproszeniem do Dupy. Tak w Będkowskiej jak ktoś Wam powie „idź do Dupy” to nie obraźcie się – kieruje was do ciekawej dużej skały, którą wspinacze nazwali Dupa Słonia a jej poprawna geograficznie nazwa brzmi Zamczysko tyle że nikt jej tak tu nie nazywa :)


Wszystko co dobre jednak się szybko kończy, pakujemy pomału graty, żegnamy gościnnych Gospodarzy i pomalutku ruszamy z powrotem do Krakowa.

No i na całe szczęście że pomalutku, kilkaset metrów od Brandysówki wypada na nas zza zakrętu jak na tę drogę z dość dużą prędkością VW-Golf sadził tak ok. 60-70km/h, nie było szans się tu wyminąć – jechałem na 2-ce ok. 20km/h bo wiem że ta droga jest wąska i czasem spory tu ruch spacerowiczów i rowerów – decyzja mogła być tylko jedna – gaz do podłogi musiało uciec przecież moje auto i buda oraz ostro w prawo w łakę, na szczęście po prawej nie było rowu, Golfik leciał jednak zbyt szybko żebym ja zdążył uciec całym zestawem, uciekł więc na swoją prawą ale tam skrapa podniosło go tak że jechał na 2 lewych kołach, myślałem że kopyrtnie mi sie na budę, fart przeszedł jak to mówią na grubość lakieru, klapnął na cztery koła dał ogień i zwiał. Oj miał szczęście że zwiał, nie ręczyłbym za siebie. Jakoś samemu udało się wyciągnąc z tej łaki ale myślałem że będę dryndał do Brandysówki po traktorek, na szczeście było sucho a moja lewa strona została na twardym. Wyciągłem się ale tak mnie telepało że zaraz na prostej za zakrętem zsunąłem się max. możliwie na pobocze – awaryjki, chwila oddechu, papieros i dopiero po kilku minutach ruszyliśmy dalej Kraka.


Spodobała Ci się Dolinka Będkowska i okolica Brandysówki
Zapraszam do galerii zdjęć.


Komentowanie zamknięte.